sobota, 5 kwietnia 2014

Wyspiarz ruszył w dal. Szedł przed siebie, w sandałach profilaktycznych, upaprany na buzi. Nie oglądał się za mną. Szedł przed siebie. Wchodził w dołek i pochylał się do przodu, podziwiając własne stopy, stojące w dołku. Wchodził na górkę i podziwiał stanie na górce. Coraz dalej i dalej. A z każdym jego uśmiechniętym krokiem Wyspa rosła.
Wyspiarz kupuje serdecznością kolejne fragmenty oceanu. Zaprasza tych, ze stałego lądu, na naszą Wyspę. Wielu nie ma siły się oprzeć. Skośne oczy czarują.
Potem usiadł na środku drogi, sięgał po kamień i spoglądał na mnie. "Kamień" - mówiłam. Siegał po kolejny. "Kamień". Kolejny. "Kamień". Spróbował budować z kamieni wieżę.
Wieża radości, wieża samotności.

3 komentarze:

  1. Lepiej tego ująć nie mogłaś: wieża radości, wieża samotności... Kwintesencja bytu mojego Julka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tą samotnością to różnie bywa...
    Moja córka chciała zostać sama w domu, gdy w sobotę pojechaliśmy do pracy. Przyjechali dziadkowie, wpadł bratanek.
    Dzwoni do mnie zła... Już pobyłam sobie sama... :-D

    B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O samotności Julka myślę w kontekście jego wyobcowania. Żyjemy w dwóch różnych światach. Owszem, jest mocna emocjonalna płaszczyzna porozumienia, ale poznawczo-komunikacyjna kuleje. Ot, takie sobie silniejsze upośledzenie, które buduje mur. Julek sobie, my sobie. I nie mam patentu, jak do niego trafić. Więc skupiam się na płaszczyźnie emocjonalnej. Wieża radości, wieża samotności.

      Usuń