czwartek, 9 stycznia 2014

Marzę sobie, że dziecko moje będzie pracować. Mam upatrzone miejsce. Buduje się nieopodal hospicjum. Znam instytucję, która je buduje. Liczę na znajomości. Marzę o widoku korytarza, z pięknie umytą podłogą, a na końcu trasy mopa - moja latorośl, na swoich krótkich nóżkach, ze swoim szerokim uśmiechem. Widzę, jak w skupieniu niesie herbatę dla pacjenta (wystawiając język w wielkim staraniu), jak podlewa kwiaty, jak poprawia obrazek, który krzywo wisi... Ono potrafi tak przytulić, tak spojrzeć w oczy, że żaden iloraz inteligencji tego nie prześcignie. To byłby doskonały prezent na drogę, taki uścisk, taki uśmiech. Toksyczna mamuśka już planuje Ci życie, kruszynko...

3 komentarze:

  1. ja marzę o kwiaciarni lub o warzywaniaku (sic! :) ) prowadzonym z córką. Ale coś mi się wydaje, że te nasze plany to będziemy sobie mogły same realizować, bo nasze dzieci będą pracowały tam, gdzie same będą chciały, a nie tam, gdzie my im wymyślimy...Mogę się nawet z Tobą o to założyć :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Też marzę, że Julek będzie pracował. Nawet jeśli nie będzie mówił. Są przecież rodzaje prac, które gadania nie wymagają. Powtarzalność czynności, rytuał to daje Julkowi poczucie bezpieczeństwa. Coś się znajdzie. Coś zmieni wokół. Nie tracę nadziei. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. :)
    Kocham Was.
    Już miałam pisać jutro posta o treści: "Hop! Hooooop! Jest tam kto?!" ;)

    OdpowiedzUsuń