poniedziałek, 27 stycznia 2014

Minęły dwa lata.

Nie jestem jeszcze na tyle silna, by dokładnie wspominać to, co działo się dwa lata temu. Najpierw niepokój związany ze stanem dziecka, potem konieczność udania się do szpitala, rozstanie ze starszym dzieciakiem, cięcie, zespół Downa, stosunek personelu do mnie (przykrej niespodzianki, której nikt nie chce na swoim oddziale), powrót do domu, łzy, trauma starszego dziecka spowodowana rozstaniem i stanem w jakim wróciłam, godziny wpatrywania się w zespół Downa, zawinięty w becik. A ono sobie zwyczajnie rosło w brzuchu, machało nogami, spało, ssało kciuk, a potem je wyciągnięto z brzucha i zostawiono na pastwę niekochającej matki. Tak to pewnie wyglądało z jego perspektywy. Niestety na początku nie było dla mnie dzieckiem. Było synonimem nieszczęścia, końca, porażki. Dziś, kiedy śmieje się do mnie, zakłada czapkę, szaleje w kapieli, tańczy... Jest dzieckiem. Jak dobrze, że mi nie uwierzyło na samym początku naszej znajomności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz